Kim jestem? Kobietą. Studentką (już niedługo). Sprzedawczynią (szumnie nazwaną w umowie "konsultantką"). I o to cała rzecz się rozchodzi. W handlu pracuję od kilku lat, mam więc nieco doświadczenia. Sprzedawałam setki tysięcy produktów, ludzie zostawili u mnie setki tysięcy złotych. I co? Jestem tylko sprzedawcą. Tylko a może aż? Bo jestem w jednej osobie psychologiem, powiernikiem, doradcą. Ale jestem też plebsem dla wielu, oj wielu klientów. Co fajnego jest w tej pracy a co nie do zniesienia? Czy wiecie jak sklepy potrafią robić was w bambuko*? Czy faktycznie sprzedawca "tylko sprzedaje"? Wszystkie historie z mojego doświadczenia postaram się opisać.Oczywiście nazw sklepów nie podam, swojej tożsamości też nie zdradzę. Mogę jedynie napisać, że obracam się w branży kosmetycznej.
*uwaga: w moim aktualnym miejscu pracy klient jest szanowany- nie robimy go w bambuko. Serio. W tym przypadku nie mogę pisać o przemetkowywaniu cen, dat ważności i innych tego rodzaju kombinacjach. Wszystko co mówię klientom jest absolutnie zgodne z prawdą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz