Dziś o pewnym typie klienta który jest koszmarem każdego handlowca. Klient "wiem lepiej". Postać taka wchodzi do sklepu, omiata wzrokiem pełnym pogardy sklep i sprzedawcę. A potem jest już tylko gorzej. Kiedyś miałam klientkę która na dobre zapadła mi w pamięć.
Drogą wstępu:
Firma która mnie zatrudnia kładzie olbrzymi nacisk na profesjonalizm i wiedzę obsługi sklepu. Pracownicy mają wykształcenie najczęściej kosmetologiczne lub pokrewne albo duże doświadczenie na podobnym stanowisku. Przechodzą szkolenia teoretyczne i praktyczne z oferowanych produktów. Co więcej, produkty są specyficzne, niedostępne w drogeriach i jeszcze mało popularne dlatego standardowe pytanie "w czym mogę pomóc?" nie wynika z upierdliwości czy chęci wciśnięcia klientowi najdroższego produktu. Wynika ze świadomości że ludzie tego typu produktów nie znają i często gęsto są w sklepie totalnie zagubieni. Ale wracając do sedna:
Przyszła kiedyś klientka, wzdychała, stękała, oglądała. Podeszłam więc, zapytałam czy może nie potrzebuje mojej pomocy i... dostałam zjebkę! Że produkty drogie, że to kłamstwo wszystko, że chwyt marketingowy, że ogólnie ściema. Poczekałam aż wyrzuci z siebie wszystkie żale i zaczęłam jej tłumaczyć dlaczego drogie (choć to pojęcie względne), że nie kłamstwo bo etykieta ze składem kłamać nie może a skład mówi sam za siebie i łączy się również z tą "drożyzną". Więc ona mi odpowiada: "proszę pani, ja się znam bo jestem CHEMIKIEM więc proszę mi tu nie opowiadać!". Więc grzecznie jej odpowiedziałam "proszę pani, ja jestem biologiem i też się znam". I tu pani mina zrzedła, od razu zmieniła ton, uśmiechnęła się i zaczęła ze mną normalnie rozmawiać.
Niestety, sprzedawca w opinii wielu ludzi to biedny studencina który sobie dorabia i bladego pojęcia nie ma o tym co sprzedaje. Ja studenciną też jestem ale na swojej robocie się znam, kitu wciskać nie umiem. Co więcej, moja praca mi się podoba i sama dbam o to aby wiedzieć jak najwięcej o produktach, składach, działaniu- zwyczajnie w świecie mnie to interesuje :)
Tak więc: czasem o dziwo, sprzedawca zna się na swojej pracy. Ja nie umiem współpracować z klientami którzy za wszelką cenę chcą pokazać swoją wyższość. Po prostu wtedy odpuszczam, przytakuję i staram się nie brać wszystkiego do siebie. Za to uwielbiam klientów którzy faktycznie mają pewną wiedzę z mojej branży i można z nimi fajnie wymienić się opiniami i poglądami a często dowiedzieć się czegoś nowego :)
P.S. Pani chemik oczywiście nic nie kupiła- nawet nie chciała wypróbować. Po prostu weszła, napsuła krwi i wyszła.
środa, 3 kwietnia 2013
niedziela, 31 marca 2013
Mistrzowscy klienci- part 1
Chyba w każdym sklepie jest tak, że jest kilku (nastu) klientów stałych, albo pseudoklientów. Bo wchodzą, gadają i wychodzą. Nie inaczej jest u mnie. Moim numerem jeden jest Pan A. (podaję pierwszą literę nazwy produktu o który pyta zawsze a całego produktu napisać nie mogę bo jest na tyle charakterystyczny że zdradzę miejsce pracy). Pan A. przychodzi średnio trzy razy w tygodniu a czasami częściej. Podchodzi do jednego ze stołów na którym ów tajemniczy produkt jest rozłożony i ogląda. Po chwili podchodzi do mnie lub tej osoby która aktualnie ma przyjemność być na zmianie. I pyta: a to A. to do czego? A dobre jest? A mogę zabrać ten tester dla kolegi żeby sobie wypróbował? (Kiedyś niefortunnie dałam mu kawałek A. na wypróbowanie i sobie gościu zakodował że tak można). A kiedy będzie promocja na to? Więc odpowiadam (jak każdy pracownik): "w styczniu była i w najbliższym czasie raczej nie będzie kolejnej". Aha. A to dobre? A to do czego? A mogę zabrać tester dla kolegi żeby sobie wypróbował? Nie, nie mogę dać panu całego testera bo nie zostanie dla innych klientów. Aha. A to dobre? A na co to? I zadaje przy każdej wizycie te same pytania. Kilka razy w tygodniu. Ale dzięki temu stał się najbardziej znanym klientem w sklepie ;)
czwartek, 28 marca 2013
O kulturze słów kilka
Ja ogólnie pracę z ludźmi lubię. I dla ludzi też. I na ogół jestem miła i sympatyczna niezależnie od tego czy mam okres, czy jest mi zimno, czy się nie wyspałam, czy po prostu czuję się jak "idź stąd i nie wracaj". Na ogól bo szlag mnie trafia i krew zalewa gdy klient wchodzi do sklepu bez choćby burknięcia w 1 procencie przypominającego "dzień dobry". Co gorsza, to kobiety mają tendencję zlewania z obecności sprzedawcy w sklepie. Praktycznie nigdy nie zdarzyło się aby mężczyzna wszedł do sklepu bez słowa. Nawet jeśli nie powie "dzień dobry" to chociaż kiwnie głową i pośle uśmiech. Rozumiem, że klienci nie witają się gdy wchodzą do dużego sklepu, gdzie jest stu sprzedawców i jeszcze więcej klientów. W takim sklepie jest się totalnie anonimowym. Ale nie u mnie w sklepie, gdzie bardzo często jestem z klientem sam na sam. Pewnie, to ja jako sprzedawca powinnam powitać klienta. I zawsze staram się to robić o ile nie jestem na zapleczu lub nie stoję tyłem do wejścia i zwyczajnie nie widzę czy ktoś wszedł. A takie głupie "dzień dobry" już sygnalizuje mi abym przerwała dotychczasowe zajęcie i zwróciła uwagę na klienta. Ale to w sumie wszystko to nic. Bo spazmów dostaję i zgrzytam zębami jak na moje powitanie nie usłyszę odpowiedzi. A wcale nie mam cichutkiego i nieśmiałego głosu i spokojnie klient mnie usłyszy z odległości 3 metrów, chyba że jest głuchy jak pień. Więc ja sobię mówię "dzień dobry" i właściwie mogę sobie odpowiedzieć sama. Z czego to wynika? Nie wiem. Z gburowatości na pewno, mam nadzieję że także z roztargnienia (choć ta teoria dowodziłaby że mamy olbrzymi odsetek ludzi roztargnionych nie-wiadomo-czym). Zdaję sobie sprawę że wielu klientów traktuje mnie jak wyrzutka który na siłę próbuje coś wcisnąć, wyciągnąć pieniądze i na koniec kopnąć w dupę i O.K- taka praca. Ale kultura obowiązuje wszystkich.
środa, 27 marca 2013
Dzień dobry!
Kim jestem? Kobietą. Studentką (już niedługo). Sprzedawczynią (szumnie nazwaną w umowie "konsultantką"). I o to cała rzecz się rozchodzi. W handlu pracuję od kilku lat, mam więc nieco doświadczenia. Sprzedawałam setki tysięcy produktów, ludzie zostawili u mnie setki tysięcy złotych. I co? Jestem tylko sprzedawcą. Tylko a może aż? Bo jestem w jednej osobie psychologiem, powiernikiem, doradcą. Ale jestem też plebsem dla wielu, oj wielu klientów. Co fajnego jest w tej pracy a co nie do zniesienia? Czy wiecie jak sklepy potrafią robić was w bambuko*? Czy faktycznie sprzedawca "tylko sprzedaje"? Wszystkie historie z mojego doświadczenia postaram się opisać.Oczywiście nazw sklepów nie podam, swojej tożsamości też nie zdradzę. Mogę jedynie napisać, że obracam się w branży kosmetycznej.
*uwaga: w moim aktualnym miejscu pracy klient jest szanowany- nie robimy go w bambuko. Serio. W tym przypadku nie mogę pisać o przemetkowywaniu cen, dat ważności i innych tego rodzaju kombinacjach. Wszystko co mówię klientom jest absolutnie zgodne z prawdą.
*uwaga: w moim aktualnym miejscu pracy klient jest szanowany- nie robimy go w bambuko. Serio. W tym przypadku nie mogę pisać o przemetkowywaniu cen, dat ważności i innych tego rodzaju kombinacjach. Wszystko co mówię klientom jest absolutnie zgodne z prawdą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)